18 lat z pamiętnika współuzależnionej

Dawno, dawno temu…
…tak zaczyna się moja historia, która początek swój miała 18 lat temu, z tym że to nie jest bajka a raczej dreszczowiec.
„Wiesz, zapaliłem dzisiaj z chłopakami papierosa. Nie było tak źle. Nie są takie straszne jak niektórzy mówią”- usłyszałam kiedyś od brata. Później była „trawka”- super sprawa , ciągle śmiejesz się – powtarzał w koło. Nie no, po prostu rewelacja ! Ale nie dla mnie.
Pierwszy papieros, pierwszy „buch” marihuany i o kolejnych eksperymentach z używkami mojego brata informowałam na bieżąco naszych rodziców. Tak, donosiłam. Wtedy mówili na kogoś takiego kabel i rzeczywiście tak właśnie było. Szłam do rodziców z każdą taką nowiną , którą przynosił mi brat.
Tylko co z tego ?! Skoro nie reagowali, udawali że nie słyszą , że wymyślam, że to niemożliwe…
W ten sposób małymi krokami mój młodszy brat zbaczał na „lewy tor” w swoim życiu. Miał 15 lat jak zaczęły się wagary i przygody z różnymi używkami. Początki zdawało się, że są niewinne, że to tylko zabawa dla zabicia wolnego czasu i spędzenia go w fajny sposób. Niemalże za każdym razem mówiłam rodzicom co się dzieje, że sięga po coraz twardsze narkotyki, ale jak to większość rodziców – nie słuchali. Patrzyłam jak coraz częściej bierze, jak z fajnego nastolatka zmienia się w narkomana…
Próbowałam walczyć! Jak wyglądała moja, nasza , jego walka?
Patrząc z perspektywy czasu, na początku – nieudolnie.
Jestem starsza od brata tylko rok – niewiele. Dorastaliśmy razem, ale wybraliśmy dwie różne drogi w życiu. On poszedł „na lewo” a ja „na prawo”. Z tym, że nasze drogi biegły równolegle do siebie, widzieliśmy się krocząc – ja do przodu, – on do tyłu – niestety . Wołałam : skręć na moją drogę na następnym skrzyżowaniu, ale on szedł dalej swoją drogą usłaną złudzeniami, że idzie tą lepszą. A ja co? Patrzyłam jak pogrąża siebie i niestety nas, swoją rodzinę.
Zawsze mieliśmy ze sobą dobry kontakt, a nawet najlepszy z całej czwórki rodzeństwa. Młodsi żyli całkiem obok, nie pamiętam dobrze nawet ich z dzieciństwa to, co działo się z nim, co działo się w jego życiu, działo się w moim życiu, było moim życiem…
Nie potrafiłam patrzeć na to, jak umiera za życia, jak stacza się na dno, od którego może już się nie odbić nigdy.
Przez 16 lat ćpania mojego brata przeszliśmy wszyscy, całą rodziną, istny koszmar nie do opisania. Ciągły strach o jego życie. Każdy sygnał karetki jadącej gdzieś na ratunek to myśl , że to on , że do niego …
Nieprzespane noce, bo gdzieś się zaszył : może zaćpał się, może gdzieś włamał, może po prostu dostał „po pysku” …
Wynoszenie z domu cennych, a później nawet mało cennych rzeczy, po to, by sprzedać i mieć na kolejną działkę: marihuany, tramalu, clonozepanu, amfetaminy, plastrów morfinowych, heroiny, czy też acataru – to naprawdę nic wielkiego, to szara codzienność naszego życia. Patrzyłam na to, co działo się z nim działo – to było najgorsze ze wszystkiego, co do tej pory spotkało mnie w życiu a przede wszystkim naszych rodziców. Pomimo tego, że nie robili praktycznie nic, by pomóc jemu i sobie, to przeszli gehennę, a ja patrzyłam na to, jak zabija siebie, rodziców i całą rodzinę. Nie jestem w stanie sobie wyobrazić, co czuli jako rodzice, ale wiem co czułam ja: wściekłość, strach, bezradność, porażkę…
Patrzyłam na śmierć mojego ukochanego brata, bo wszystkie lata, kiedy „brał”, to tak jakby nie żył .
Problemy z policją, bo przecież ćpanie to kosztowny interes, były na porządku dziennym. W międzyczasie „odsiadka” w więzieniu na półmetku swojego ćpania, która była – zdawało się – zwrotnym punktem w jego i naszym życiu.
Nadszedł czas, kiedy rodzice po raz pierwszy przetarli i otworzyli oczy, uświadomili sobie, że jest PROBLEM.
Chwila, kiedy z mamą poszłyśmy na policję, po zatrzymaniu brata, i zobaczyłyśmy go zakutego w kajdanki ze łzami w oczach i wołaniem o pomoc była jak przebicie serca sztyletem…
Uczucia, jakie wtedy targały mną są nie do opisania. Żal, złość, strach, bezradność, w końcu krzyk: NIE!!! Nie zabierajcie mi brata.
Nawet dzisiaj, wspominając całą sytuację czuję wielki ból, serce pęka na nowo na samą myśl o tym. Wtedy świat się skończył dla mnie, a co czuli rodzice? Nie da się opisać !!!
Co było dalej? Rodzice otrzymali list od brata z zakładu karnego. Nie pamiętam dokładnie, ale szczerze wątpię, czy były tam przeprosiny, w każdym razie była prośba, a raczej wymagania czego to on nie potrzebuje i co musimy wysłać jemu w paczce ( oryginalne dresy, dużo kawy, papierosów to najważniejsze produkty).
Minęły około 2 miesiące, kiedy po raz pierwszy mogliśmy jechać „na widzenie” do zakładu karnego…
Był to jeden z najgorszych momentów w moim życiu. Kraty, które otwierano przed nami i zamykano tuż za nami, ten dźwięk na zawsze pozostanie w mojej głowie. „Gęsia skórka” pojawia się do dzisiaj na samo wspomnienie tej mało przyjemnej wycieczki. Nie widzieliśmy się 2 miesiące, to bardzo długo dla mnie. Widok jego osoby, kiedy wprowadził go strażnik, a ty nie możesz normalnie przytulić go do siebie … Łzy kolące w oczy i ogromny ból w klatce piersiowej, niczym rozrywanie serca od środka. Mimo to wiedziałam , że muszę tam być, że nie może mnie zabraknąć. Byłam zawsze „z nim” i przy nim i tym razem również.
Kolejne listy to kolejne żądania. Rodzice zaciągali pożyczki, aby wynająć adwokata, który miał uchronić go przed więzieniem. Trwało to rok. Wyszedł !!! To miał być koniec koszmaru i początek nowego, lepszego życia. Jego, nasze nowe, lepsze życie, bardzo szybko okazało się fatamorganą, czymś co chcieliśmy zobaczyć, a czego w rzeczywistości nie było. Było tylko optycznym złudzeniem. Fatamorgana trwała około 5 miesięcy , nie dłużej…
Czas mijał, miesiące, lata. Kolejne przygody z coraz twardszymi narkotykami. Wzloty i upadki – upadki dla niego. Po drodze jakiś detoks (sztuczne wołanie o pomoc), które tak naprawdę dla niego było karą. Zgodził się, ale tylko dlatego, że postawiłam warunek, że to już koniec mojego pomagania jemu, że straci wszystkich, jeśli nie wyrazi zgody na odtrucie na początek. Zgodził się, ale żeby dał radę trzeba było poratować – kupić tramal, bo stan, w jakim był to pogranicze życia i śmierci.
Zapomniałam – nie wiem, co w jakiej kolejności się działo, czy najpierw detoks czy przedawkowanie. Któregoś razu trafiłam do rodziców, do domu na przerwę w pracy. Stan był co najmniej niepokojący : słaniał się na nogach, przewracał oczyma, bełkotał. Wezwałam karetkę pogotowia ratunkowego, wyszedł z izby przyjęć po kilku godzinach, po tym wszystkim wszedł do łazienki, by wziąć kąpiel… Znowu wziął to, co zażył wcześniej… Ledwo wyszedł z łazienki.
Od kilku lat w domu znikały łyżki i łyżeczki. Mamo, tato on bierze !!! To heroina, byłam pewna, w piwnicy rozcięte puszki aluminiowe, pozłotka, zapalniczki…
Któregoś razu otrzymuje telefon – to siostra (przyjechała na wakacje) : pomocy, ratunku usłyszałam w telefonie, na klatce schodowej w bloku, w którym mieszkali rodzice szedł do brata nasz kolega – dostał zapaści. Brat reanimował go, był już siny zanim dojechała karetka pogotowia. W 6 miesiącu ciąży biegłam tak szybko, że pogubiłam buty z nóg, nie wiedziałam do kogo biegnę, czy do brata, czy do siostry. Jest to jedna z kolejnych scen z naszej rzeczywistości z życia z narkomanem. To mógł być on.
Kolejnego miesiąca mama wpada do domu strasznie zdenerwowana: „wiesz jakiegoś idiotę rozjechałabym na ulicy, szedł pod same koła samochodu, ledwie powłóczył nogami” To był on. Zginąłby pod kołami własnej matki. Innym razem dzwonił , że leży gdzieś naćpany a obok niego strzykawka z igłą. Tym razem udało się znowu, wrócił do domu.
Którejś zimy mama wyjechała do sanatorium. Wracała po kilku tygodniach, wypoczęta, uśmiechnięta dopóki nie przekroczyła progu domu. W domu , w pokoju, w łóżku leży on – nie może wstać. Otrzymuje telefon: ” przyjedź ,coś jest z nim nie tak ” Jadę! Wchodzę i widzę , ma „zjazd” ale mimo to coś jeszcze nie gra. Po rozmowie sam na sam wyciągam informacje: to byłą heroina- przedawkował. Biegiem wezwałam pogotowie. Do rana nie przeżyłby- praca nerek zatrzymała się.
Kolejna zima, zbliżają się święta Bożego Narodzenia . Kilka dni przed o północy otrzymuję telefon: ” przyjeżdżaj! Miał wypadek, jest w szpitalu. Auto było rozcinane żeby wydostać jego i jeszcze dwóch pasażerów…
Wpadamy na oddział szpitalny, żyje, leży w szoku, próbuje coś tłumaczyć. Obok niego kolega , śpi, ma zmiażdżone nogi- może już nigdy nie stanąć na nogi. Koleżanka w ciężkim stanie. Po tygodniu wypisuje się na własne żądanie. Kolega umiera po kilku tygodniach, koleżanka chyba do dzisiaj żyje jak „roślinka”.
Znowu zadzwonił telefon od brata: ” przyjedź! Mamę zabrało pogotowie.” Jadę prawie 200 km/godz. Jestem w 8 miesiącu ciąży. To zawał. Siedzimy z bratem na korytarzu i czekamy, zostaje przetransportowana do innego szpitala , do godz. 15 nie wiemy czy żyje. Płakał jak dziecko, co on teraz zrobi. Mama przeżyła.
Minęło kilka tygodni i wszystko wróciło do normy czyli dalsze ćpanie i udawanie przez rodziców, że nie jest tak źle.
Jest lato. Będąc w stanie „nieważkości” brat awanturuje się z ojcem. Dochodzi do rękoczynów, bart gryzie ojca do samej krwi- niczym wampir. Mój telefon znowu dzwoni: „przyjedź! On znowu szaleje , tylko ty masz na niego jakiś wpływ”. Wchodzę do domu, w jego oczach widzę jakby opętanie. Nie potrafię go uspokoić do końca, opanowałam sytuację i wezwałam policję. On w czasie gdy policja wchodzi, pluje po ścianach wykrzykuje dziwne rzeczy, owija sobie stopy chusteczkami, to jakiś koszmar.
Tyle razy prosiłam, żeby dał sobie pomóc, – nie, nie potrzebuję pomocy! – krzyczał.
Pewnego pięknego dnia mama wróciła z zakupów, weszła do pokoju. Nagle zauważa, że nie ma telewizora. Dzwoni do mnie – przyjedź! wyniósł telewizor! Jadę, zgłaszam na policję kradzież. Odnajdujemy telewizor z policją w pobliskim lombardzie. Będąc na policji dzwoni telefon, to on. Przeprasza, prosi o wycofanie zeznań, prosi o pomoc.
Kolejny moment kiedy powiedziałam do niego, do rodziców, do siebie : to koniec!!! Albo idziesz na leczenie albo wyrzucamy cię z domu! Szukam ośrodka, tym razem skuteczniej. Zgodził się ale wiem , że nie wierzył w to co mówię. Tym razem miało być inaczej ale niestety nie było. Wszystko wróciło na stary tor. Dalej brał, ale to już był apogeum jego uzależnienia. Igły, strzykawki znajdowaliśmy już wszędzie…
On już nie kontrolował się, nie zwracał uwagi na to czy zamknął drzwi na klucz w łazience kiedy brał czy może ktoś nie wejdzie i go złapie. już nie miało znaczenia dla niego. Widziałam jak sięga dna, jak” czarna dziura” chłonie go i to już wcale nie powoli…
W niedługim czasie zachorował i zmarł nasz ukochany dziadek, który mieszkał ze mną 8 lat. Do tej pory wydaje mi się, że to był czas kiedy osiągnęliśmy szczyt wytrzymałości z jego uzależnieniem.
Kolejna z wielu akcja – zadzwonił tata: „szukaj ośrodka! To musi się w końcu skończyć…
Zadzwoniłam do dwóch ośrodków uzależnień, w pierwszym trzeba było czekać kilka miesięcy, ale nie było już czasu, za te kilka miesięcy jego zapewne już by nie było, jak jego wielu kolegów na przełomie kilku lat.
Drugi telefon i chyba jakiś cud. Było miejsce, mogliśmy być już na drugi dzień, ktoś nie dojechał, ze szczęścia nie mogłam przekazać rodzicom tej wspaniałej nowiny. Kiedy zadzwoniłam do brata, podobno aż usiadł z wrażenia i strachu. Otrzymuję telefon, to brat :” przyjedź, nie chcę być sam, nie dam rady. Przyjedziesz? „Oczywiście, że przyjadę. Tłumaczyłam, że go nie zostawimy, że da radę. Musi, a wtedy będziemy z nim i przy nim – zawsze! Mówiłam, że się nie poddam, że będę walczyć o niego do końca, aż będę miała świadomość, że zrobiłam wszystko, co w mojej mocy. Wszystko to jeszcze nie nastąpiło, więc nie odpuszczałam. Pojawiła się iskierka nadziei na lepsze jutro przede wszystkim dla niego i miałam zamiar ją wzniecić. Pomimo mojej euforii myślałam racjonalnie, widziałam jego strach. Miałam obawy, że najnormalniej w świecie ucieknie. Nie zastanawiałam się nawet chwili jeszcze tego samego dnia, wyruszaliśmy w podróż po nowe życieee.
Dojechaliśmy! Podróż nie była lekka, stan jego nie był najlepszy . Bałam się, że zwątpi, że stchórzy, przecież jechał tam dobrowolnie. Jeśli zmieni zdanie, to będzie kolejna porażka, ale udało się. Dotarliśmy !
Ośrodek w cudownym miejscu. Przyjęcie do ośrodka trwało chwilę, przynajmniej z nami, bo my nie byliśmy już potrzebni.
Został, po prawie dwuletnim leczeniu, które dla niego było z pewnością bardzo trudne i naszych warsztatach z terapeutami, wyszedł i ŻYJE!!!
Mieszka daleko stąd i nie chce tutaj wracać, nie ma do czego. Możemy być wszędzie, nie musimy spotykać się w starym życiu, On ma już swoje , nowe życie, jest ” czysty od kilku lat i mam nadzieję, że tak już zostanie. Mam świadomość, że jego walka trwać będzie długo o normalne życie.

Ja swoją o niego Wygrałam!
Tekst. Anonim.
Fot. www.pixabay.com

 1,890 razy wyświetlono tą stronę

reklama
logo z sową okładka 4 okładka 2 okłądka 5 okłądka 7
Tagi:

uzależnienianarkomanianarkotyki